Connect
To Top

Najważniejsze ostatnie wydarzenia w świecie technologii.

Trzeba przyznać, że ostatnie tygodnie przyniosły nam masę ciekawych wydarzeń. Mieliśmy i na czym zawiesić oko i nad czym się zastanowić. Producenci sprzętu, oprogramowania nie próżnowali i co rusz zaskakiwali nas pewnymi nowinkami, dzięki którym albo kiwaliśmy z uznaniem głową, albo dostawaliśmy szczękoopadu. W każdym razie, zbieramy nasze uzębienie z podłogi i podsumowujemy ostatnie wydarzenia. Im właśnie należy się szczególna uwaga oraz odpowiedni komentarz.

 

Microsoft zabrał nam Nokię.

Pamiętam dzień, w którym przeczytałem tę nowinkę na swoim streamie na Facebook’u. Jadąc autobusem wyciągnąłem laptopa, aby jak co rano przejrzeć wiadomości, aż tu nagle włosy stanęły mi dęba z wrażenia i nerwowo szukałem w zegarze systemowym daty „1 kwietnia”. Na nic się to nie zdało, był wczesny wrzesień, a informacja była prawdziwa. Nokia w rękach Microsoftu. Potem jednak uznałem, że przecież to było do przewidzenia.

Odkąd pamiętam pierwszy telefon mojego taty (Nokia 3310), to potem wszyscy jakoś dziwnym trafem potem kupowali Nokie. 2 razy tylko tata zdradził Finów, z Siemensem oraz Sony Ericsonem (T630i). Potem już same Nokie – 6230i, E50, E52, a teraz Lumia 820. Pamiętam szał na multimedialne smartfony fińskiego producenta, jakim były one obiektem pożądania i… jak wielką sławą cieszyła się Nokia 3310, głównie ze względu na jej „pancerność”. I wydaje mi się, że w tym względzie nie przesadzam. Długie lata dominacji Nokii pozbawiły firmę jednego – pokory. I tak oto w ten sposób Finowie przespali rewolucję smartfonową, którą to zapoczątkowało Apple wraz z premierą iPhone’a. Samsung, znany z doskonałego powielania dobrych pomysłów ideę podchwycił i stał się dzięki temu gigantem w świecie mobilnym. Apple zbudowało telefon wybrańców, obiekt bezgranicznego pożądania i swego rodzaju „must have”. Samsung oddał tę wizję masom. Nokia na tym wiele straciła – tyle, że musiała się oddać pod skrzydła potężniejszego partnera. 

Dzięki przejęciu działu mobilnego Nokii (nie całej firmy, jak to czasem opisywały media!), system Windows Phone zapewne będzie jeszcze lepszy. Mimo faktu, że współpraca Finów z Microsoftem układała się dotąd świetnie, można być pewnym, iż od teraz mobilna wersja okienek będzie bazować nie tylko na software’owych doświadczeniach Giganta z Redmond, ale i na dokonaniach (oraz patentach) Nokii. To wygląda wręcz jak obietnica szybkiego i prężnego rozwoju systemu, którego używam i bardzo go lubię.

Konsekwencją romansu z Microsoftem, który zaczął się od Nokii Lumia 800 było przejęcie części firmy za 7,2 miliarda dolarów. Dzięki temu ponad 30 tysięcy dotychczasowych pracowników Finów znalazło się w rękach „mikromiękkich”. Co dalej z Nokią? Zginie jako marka?

Nie. Dział aplikacji mobilnych, Here zostaje tam, gdzie był. Usługi telekomunikacyjne, które przynosiły dotychczas Finom zyski także zostają w Finlandii. Niewykluczone, że kiedyś (w czasie, gdy warunki umowy pozwolą) Nokia ponownie pokaże swój telefon komórkowy. Jak na razie najbardziej prawdopodobne jest to, że Lumie nie będą już okraszone logo fińskiego producenta. Microsoft Lumia? Brzmi nieco śmiesznie, według mnie. Lumia jako samodzielna marka? To by było ciekawe, nie powiem.

Microsoft z entuzjazmem podszedł do całej sprawy, a Steve Ballmer, pakujący się obecnie na słodką emeryturę CEO firmy oświadczył: „To wielki krok w przyszłość i wygrana zarówno dla pracowników, udziałowców, konsumentów, jak i obu firm.” I skorzystają na tym obydwie firmy. Nokia będąc pod wpływem potężnego giganta nadrobi zaległości, a Microsoft wreszcie będzie mieć dobrą bazę pod sprzedaż swoich telefonów, a wiemy, jak dotychczas wyglądały jego podrygi na tym rynku. Mizernie, nie oszukujmy się.

Czy Windows Phone będzie mógł w końcu stoczyć równą walkę z Androidem i iOS? Jestem pewien, że kiedyś tak się stanie. „Fejm” Apple w końcu się skończy, a obserwatorzy rynku już teraz wieszczą, że Jobs w grobie się przewraca na to, jak bardzo brakuje w Cupertino wizji. Apple od dawna niczym już nie zaskakuje, powiela jednak to samo cały czas. Czy to się sprawdzi na dłuższą metę? Wśród konserwatywnych użytkowników produktów Apple może i tak. Ale ciągle rosnący rynek z większą chęcią przyjmie Windows Phone oraz Android. Widać to już teraz – mobilna wersja Windows jest obecnie najszybciej rozwijającym się systemem mobilnym.

Obecnie czekamy na kolejne urządzenia z Windows Phone na pokładzie. Będą to już sprzęty z wersją GDR 3, która to zapewni wsparcie dla procesorów czterordzeniowych i ekranów Full-HD. Zatem czekają nas pierwsze phablety (Lumia 1520) ze stajni Finów. Wbicie się w ten segment zapewni Windows Phone godnego wojownika do walki z chociażby Samsungiem Galaxy Note. A i sam mam wrażenie, że Windows Phone wręcz błaga o to, by umieszczać go na dużych ekranach.

iOS 7 – potrzebny powiew świeżości.

Bądźmy szczerzy, tego Apple brakowało od dawna. Stary, nieco skostniały już iOS wymagał zmiany. Zwłaszcza, że przez 6 wersji oprócz dodania masy przydatnych funkcji nie zmieniło się właściwie nic. Wygląd ten sam przez 6 generacji systemu – można powiedzieć, że nie zmienia się czegoś, co dotychczas się świetnie sprawdzało. Ale… no świat idzie do przodu, a kto się nie rozwija, ten się zwija. I nadszedł wtem iOS 7. Niczym wkroczył on do urządzeń klientów, zaprezentowano go w Internecie. Uczucia – mieszane. Ludzie nie wierzyli własnym oczom – płaski interfejs, mnóstwo kolorów, cukierkowy design. Na portalach technologicznych zawrzało.

Przez fakt narastających wokół iOS 7 kontrowersji z wielką niecierpliwością oczekiwałem wydania nowej wersji mobilnego systemu operacyjnego Apple. Nie korzystam z niego na co dzień, nie jest to mój ekosystem, natomiast miałem dostęp do urządzeń Apple – nie tych najnowszych, ale wciąż popularnych iPhone 4 oraz 4S. Kiedy nastał czas aktualizacji, powziąłem aparat siedmioletniego siostrzeńca (tak, siedmiolatek ma swojego iPhone’a) i przystąpiłem do aktualizacji telefonu. Całość nie potrwała długo, już po parunastu minutach sprawdzałem zmiany, jakie przyniósł ze sobą iOS 7. Powitanie się z nowym systemem przebiegło w miły dla mnie sposób – w oparach twórczego minimalizmu oraz prostoty. Czarne napisy na białym tle – kwintesencja braku kombinatorstwa, miłej dla oka interfejsowej ascezy. Coś, co lubię. Coś, za co pokochałem Windows Phone. Prosto, czytelnie oraz miło dla oka.

Wbrew temu, co wieszczono w Internecie, nie było aż tak bardzo cukierkowo. System zachowawszy starą tapetę ustawioną przez synka mojej siostry nie wyglądał na cukierkowy, jak to wydawało mi się wcześniej i co rodziło rzecz jasna moje obawy. Wszystko płaskie, bardziej czytelne, milsze w odbiorze. Przyglądając się z bliska systemowi wrzasnąłem ostatecznie w myślach: „pod względem designu jestem na tak!”. Nie oszukujmy się, iOS7 jest po prostu schludny, czysty i przyjaźniejszy w obsłudze. Czy ładniejsze? Kwestia gustu. Prawda jest taka, że i starsza wersja iOS bardzo mi się podobała. Nie inaczej jest z jej następcą. Pod tym względem Apple po prostu trzyma poziom.

Co najciekawsze, moją opinię podzielają wszyscy, którzy zainstalowali na swoich urządzeniach nową wersję iOS. Choć sam nie jestem aktywnym użytkownikiem tej platformy, doszedłem do takiego samego wniosku. Ludzie obawiali się nowego, niezbyt podobała im się wizja systemu operacyjnego Apple w wersji siódmej. Jednak wszyscy potem w zgodzie mówili: „jest fajnie”. Bo jest. O to właśnie chodziło. Designerzy z Cupertino oraz programiści podołali zadaniu w stu procentach.

Bardzo mieszane odczucia, który wdarły się w moją głowę podczas przeglądania obrazków przedstawiających nowego iOS-a szybko się rozmyły podczas użytkowania urządzenia z tym systemem. Całość nie wyglądała już jak okładka taniej bajeczki dla dzieci zakupionej w kiosku. Był to raczej dojrzały już i przemyślany system operacyjny – odchodzący już od pewnych utartych przez Apple norm, ale cały czas utrzymany w ryzach tego, co już znamy. Zakładki sprawdzają się wyśmienicie, kontrast nie tylko ułatwia czytanie menu, ale i nadaje „prestiżowego” wyglądu całości.

Jak wspominałem, uwielbiam w swoim życiu twórczą prostotę. Takimi właśnie rzeczami się otaczam. Nie krzykliwymi, niepotrzebnie wrzeszczącymi kolorami, wzorami. Prosto, schludnie, ale i ciekawie. Nigdy nudno. Tak można określić właśnie iOS7. To system, który jest jeszcze przyjemniejszy w odbiorze, jeszcze bardziej intuicyjny. Ale nie można powiedzieć, żeby stał się nudny. Nie bije po oczach efektownymi animacjami, rozbijający się o możliwie najprostsze rozwiązania. Nie ma tutaj już taniej wypukłości, zawarto tu ideę płaskiego interfejsu. Jest schludnie, przejrzyście i z klasą. Każdy detal jest tutaj odpowiednio dopieszczony, a żaden aspekt korzystania z interfejsu nie jest zostawiony sam sobie. Ktoś mógłby krzyknąć: „gdzie tutaj jest ten stary iOS?” Jest, uwierzcie. Schowany pod znacznie lepszym płaszczem, modniejszym i wygodniejszym. Nie dla samego systemu, bo to byłby absurd w czystej postaci. Dla użytkownika.

Zmieniła się także górna belka informująca nas o zasięgu, godzinie i naładowaniu baterii. Tutaj też bez niespodzianek – płasko. I dobrze. Świetnie koresponduje to z całą ideą wizualną systemu. Poziom łączności z telefonią komórkową prezentują estetyczne białe kropeczki. Podobnie jest z naładowaniem akumulatora – tutaj informację tę dostarcza nam utrzymana w podobnym stylu biała bateryjka, również płaska.

Użytkowanie iOS 7 również zostało w pewien sposób przebudowane. Oczywiście, na korzyść samego systemu. Kiedy już pierwszy szok mija (oczywiście ten wywołany całkowitą zmianą oprawy wizualnej), człowiek zaczyna się zagłębiać w to, co naprawdę czyni interfejs interfejsem. Jego funkcjonalność. A ta jest zaiste ogromna. Widać tutaj, że nawet Apple uczy się pewnych rzeczy od swojej konkurencji. Działanie ekranu przełączania pomiędzy aplikacjami to swoista kompilacja Androida i Windows Phone. Ekran aktywnych programów jest jakby wyjęty żywcem z Windows Phone, natomiast sposób ich wyłączania to już inspiracja zielonym robocikiem. Aby wyłączyć aplikację w tym ekranie, należy jej okno przesunąć do góry. Nic więcej. Żadnych fikuśnych przycisków. Szybciej jest machnąć przecież kilka razy palcem w bok i do góry niż wycelować w przycisk z krzyżykiem, czy innym symbolem, który służyłby za wyłącznik danego programu w smartfonie, prawda?

Na nowym wyglądzie iOS 7 zyskała także przeglądarka. Utrzymana jest ona oczywiście w tym samym stylu, co reszta systemu, natomiast przełączanie pomiędzy kartami zyskało swój nowy wygląd. Poza tym, jest jak było. Cały czas szybko, bez przycięć, miło i schludnie.

Ekran blokady nie przedstawia już trójwymiarowego przycisku, który należy przesunąć, aby przejść do menu z poziomu zablokowanego ekranu. Teraz należy tylko „machnąć” palcem w bok na ekranie i ewentualnie wpisać kod blokady. Zbudowane na okręgach kolorowe przyciski do wstukania kody mnie osobiście się nie spodobały. Ale każdy lubi co innego. Mnie osobiście to jakoś szczególnie nie przeszkadza. Ale do mnie nie przemawia i nie omieszkam o tym wspomnieć.

 

iOS 7 pomimo początkowej nieprzychylności środowiska wygrał batalię. Jest po prostu taki, jaki powinien być. I o to właśnie chodziło. Odpowiada obecnym standardom – nie mogę powiedzieć, czy jest ładniejszy, czy nie. Jest na pewno bardziej funkcjonalny, milszy w obsłudze. Jest ciekawe centrum powiadomień oraz centrum sterowania łącznością wysuwane od góry.

Najlepszym dowodem na to, że iOS spełnił swoje zadanie jest to, że siostra, zaawansowana użytkowniczka sprzętu Apple jest bardzo zadowolona z nowego systemu operacyjnego. I od razu się w nim odnalazła. Nie zajęło jej dużo czas poznanie wszystkich funkcjonalności systemu. No i mój siostrzeniec – kiedy z powrotem dostał swojego iPhone’a niemalże nie zwrócić na nowy wygląd uwagi, tylko naturalnie, jak gdyby nigdy nic zaczął z niego korzystać.

 

Mantle oraz Steam Box?

AMD tydzień temu zaprezentowało nowe API dla swoich procesorów graficznych. I nie odbiłoby się to aż takim echem, gdyby nie było to nowe niskopoziomowe API, a zatem różniące się znacznie (przede wszystkim możliwościami) od tych wysokiego poziomu (takich jak DirectX oraz OpenGL). Przedstawione poprzedniej środy rozwiązanie dla układów graficznych Graphics Core Next ma pozwolić nawet na 9 razy więcej wywołań draw call niż konkurenci. API, którego język jest bardzo zbliżony do maszynowego (znawcy Assemblera wiedzą, o co chodzi) pozwala na większy dostęp do sprzętu, co skutkuje oczywiście jeszcze szerszym polem do popisu dla programistów.

Pierwszym silnikiem, który będzie obsługiwać nowe niskopoziomowe API będzie Frostbite 3. Już lepszego kredytu zaufania dla tego projektu AMD nie mogło otrzymać, bowiem DICE to nie jest podrzędne studio, lecz prężne przedsiębiorstwo, za którym stoi gigant – EA.

I rzeczywiście, Mantle może być bardzo ciekawym rozwiązaniem dla AMD w kwestii umocnienia swojej pozycji oraz oczywiście swoich Radeonów. Należy zauważyć, że AMD posiada swoje APU w obydwu konsolach nowej generacji. Ale wątpliwym faktem jest to, żeby obydwoje giganci dzierżący rynek konsol wsparli to rozwiązanie, a już szczególnie Microsoft, który to posiada także DirectX. To oznacza koniec szans dla Mantle? Nie! Jest jeszcze Steambox, oparty o architekturę PC sprzęt do grania prosto od Valve.

Zatem, najbardziej prawdopodobne jest to, że Mantle na dobre rozgości się właśnie na Steam Machines. Valve zapowiedziało bowiem, że Steambox będzie rozwiązaniem wieloplatformowym, powstającym we współpracy z różnymi partnerami. Wiadomo, że do projektu dołączyła i NVIDIA i AMD. Nie oznacza to jednak, że Mantle będzie pracować tylko na czipach AMD. Jeśli inni producenci wyrażą taką chęć i przygotują dlań sterowniki, Mantle będzie równie dobrze współpracować z innym sprzętem.

To z kolei może przełożyć się na początkową ilość tytułów ekskluzywnych dla Steambox’a, a dobrze wiadomo właśnie, że to biblioteka gier jest kluczowym kryterium wyższości konsol nad pecetami. Nie biją one komputerów osobistych mocą obliczeniową, ale właśnie ilością tytułów w bibliotece.

 

More in Wydarzenia, relacje